Księga

Zaszczyć
Zajrzyj

Linki

@
GG


2009
maj
luty
2007
grudzień
sierpień
marzec
luty
2006
październik
lipiec
kwiecień
styczeń
2005
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień


Wikipedia Affiliate Button




-- Serenity now. --

- Chciałabym Ci coś powiedzieć - mówię ja, cicho, piskliwie, boleśnie. Mówię to krzyżując się wewnątrz, kuląc się ze strachu.
- Hm? - pyta on, skrywając lęk przed odrzuceniem za powierzchnią jasnych, nordyckich tęczówek.
- Mam wewnątrz takie napięcie... Czasem nie mogę uspokoić myśli... Muszę to komuś powiedzieć... - rozpoczynam, rozedrganymi w powietrzu dłońmi gładząc upstrzone kroplami potu czoło. Spokojnie, najspokojniej wylewam z siebie starannie przemyślany potok słów. Przemyślany, by nie skrzywdzić ("nie myśl, że Cię nie kocham"), przemyślany by nie powiedzieć za dużo ("to nic takiego, kochanie"), przemyślany, by pocieszyć ("to przechodzi z czasem, kochanie"), przemyślany, by nie pomyślał wszystkiego tego, co pomyślałabym ja.

Niepokojące, myślę, niepokojące to, co mam do powiedzenia. Niepokojące, upokarzające, wysoce nieregularne. Boję się, boję, boję. Po co mu to mówię, myślę. Po co zdejmuję gnijący balsam z zainfekowanej rany, myślę. Myślę / krzyczę.
Zapewne niepokoi go to, co mówię. Dlaczego chciałby zostać tu z kimś, kto zamknięty w swojej autystycznie hermetycznej krypcie lęku, paranoi i żałoby po chwilowo zatraconej logice myślenia jest w stanie mówić tylko po 2 miesiącach refleksyjnej ciszy...
Drgam.
Płaczę.
Przepraszam.
I znowu drgam.
I głaszczę.

Zawiesza się, patrzy niepewnie w ubrudzoną nikotynowym dymem ścianę. Ja - czekam. On - po kilku trwających wieczność sekundach mruga magicznie, piszczy miłośnie, podnosi wzrok. Podnosi wzrok jak pogłaskany szczeniak, pogłaskany tak neurotycznie perfekcyjnie wymuskanym wyjaśnieniem tego, co w napięciu działo się od miesiąca lutego. Czekam niecierpliwie na choć jedno słowo. Nagle...

- Głaszcz mnie o tak - mówi on.

Zwija ubrudzoną chipsami dłoń w pięść, gładząc czystą powierzchnią palców i paznokci mój sfrustrowany, unoszący się i opadający w rytm spazmów dekolt. Prezentując swoją poradę o głaszczeniu patrzy na mnie, patrzy jak Smeagol na panicza Frodo, Smeagol, nie Golllum, nie nie. Słucham w napięciu, obserwuję.

- Głaszcz mnie o tak, głaszcz mnie czule. By nie zabrudzić. Proszę.
Gładzi nieubrudzoną dłonią, muska nosem, nadal czekam.
- I przetrawię to, co mówisz - dodaje.


Spuszczam wzrok, wycieram zabrudzone makijażem łzy. Zaciskam dłoń i.... głaszczę niezabrudzoną chipsami częścią dłoni. Głaszczę ramię, głaszczę unoszącą się i opadającą, logiczną i spokojną męską pierś, głaszczę głaszczącą mnie dłoń.

- Czas spać, kochanie. - mówi on. Przytakuję.
- I nie zapomnij wziąć swoich tabletek.


(R)
2009-05-02 - 23:29:21
skomentuj (1)




-- Światy równoległe --

...a co jeśli nie zdołałam wsiąść w ten samolot, tak oto, zabierając z domu łyżkę, nożyk, widelec i łyżeczkę do herbaty, dorzucając do tego może troszkę ubrań, może płyt wyruszyłam w heroiczną podróż koleją do Warszawy wschodniej zamiast planowanej centralnej, naraziłam się na opóźnienie na samolot, po bohaterskim biegu do taxi, dopłaconej jej stówie by PĘDZILA nie jechała dobiegłam do odprawy, po fuknięciu obsługi wpuszczona zostałam na security check i już cieszyłam się w nowej wizji szczęścia a tu nagle....BUM! Na mnie pięć hiperczułych psów i siedmiu antyterrorystów. A dlaczego? Po pies wykrył, ze mam marihuanę umieszczoną w ciele per rektum, dziesięcioma gramami ziołowej zieleni, implikujące koniec mojego dotychczasowego życia jako wolny obywatel...?

 

 

....a co jeśli nie wsiadłam w ten samolot? W ogóle? Zmieniłam zdanie? W efekcie skończyłam studia, siedziałam w niedotkniętej kryzysem Polsce z mgr przed nazwiskiem i absolutnym brakiem wizji tego, co dalej, w dodatku nazwisko owo raczej bez perspektyw stania się innym przez następne kilka lat życia; u rodziców, nagle chorych, siedziałam do teraz, a może i dłużej, do ich śmierci, pielęgnując oszczędności i swą poszarzałą twarz maseczkami, mająca niezłe ubrania i nawet dość atrakcyjna choć czująca się staro, zgorzkniała, spotykająca się z mężczyznami nieimponującymi mi niczym, w których nie mogę się zakochać....?

 

 

.....a co jeśli wsiadłam w ten samolot, przyjęłam propozycję nowej pracy, życia, kraju, wizji szczęścia, przyjęłam do wiadomości opcję skończenia studiów w późniejszym terminie; pomieszkałam parę miesięcy na sofie u kogokolwiek, potem znalazłabym mój własny kąt i kupiła meble i Ikei, mimo przeciwności losu i wiatru ze żwirem w oczy kontynuowałam nową wizję szczęścia dostosowując się, robiąc to co one, mówiąc, tak jak one, uśmiechając się sztucznie w nowym, korporacyjnym środowisku pomimo galopującej w mę stronę neurastenii i depresji kontynuowałam swe zawodowe wysiłki tracąc integralność osobowości i poczucie własnej wartości w natężeniu świadomości; gnijąc intelektualnie uczyłam prawd o ludziach, sobie, świecie, odpowiedzialności, rodzajach  egzystencjalnego gówna; nagle po pół roku w mieście dawniej zwanym Christianią, w klubie, w którym zaraz mieli zapalić światła i ogłosić żałobnie koniec imprezy, spotkałam nagle miłość mojego życia, po paru najpiękniejszych dnia  zostaliśmy parą, planujemy razem, dzieci, kotka, dom, razem zawsze, zawsze z tą samą radością i ekstazą poznajemy jeszcze nowszą wizję szczęścia; lecz oto i kryzys, który zeżarł połowę wszystkiego, co kiedykolwiek zarobiłam i zagroził memu poczuciu bezpieczeństwa w postaci zwolnienia i niemożliwości znalezienia innej pracy, oto nagle nachalna wizja śmierci w rodzinie i mego dożywotniego uwiązania do chorej matki, oto wizja długów do spłacenia i... BUM! Dwa miesiące zwolnienia lekarskiego, groźba najgorszego w historii ataku epilepsji i wizja szpitala, dziwne badania, dziwne tabletki, niepewność, strach; oto nagle z tego wszystkiego robię najgorszy w historii emigracji obiad na globie, na co On mówi "nie martw się, kochanie, gdyż już weźmiemy ślub to ja będę robił jedzenie, a Ty będziesz prać moją kucharską czapkę"...?

 

 

...a co jeśli wsiadłam w ten samolot, lecz rozbiłby się po przeleceniu nad błękitem Bałtyku, zginęłabym na miejscu i ...czerń. Pustka. I  nigdy już niczego więcej...?

 

...a co jeśli wsiadłam w ten samolot, przyjęłam propozycję nowej pracy, życia, kraju, wizji szczęścia, przyjęłam do wiadomości opcję skończenia studiów w późniejszym terminie; pomieszkałam półtora miesiąca na sofie u kogokolwiek, po czym stwierdziłam, że absolutnie tu nie pasuję, to nie moje życie, przepraszam szefie, wypowiadam stanowisko z zachowaniem okresu wypowiedzenia i wracam do matczyzny; skończyłam studia, siedziałam w niedotkniętej kryzysem Polsce z mgr przed Nazwiskiem i absolutnym brakiem wizji tego, co dalej, w dodatku nazwisko owo raczej bez perspektyw stania się innym przez następne kilka lat życia; u rodziców, nagle chorych, siedziałam do teraz, a może i dłużej, do ich śmierci, pielęgnując oszczędności i swą poszarzałą twarz maseczkami, mająca niezłe ubrania i nawet dość atrakcyjna choć czująca się staro, zgorzkniała, spotykająca się z mężczyznami nieimponującymi mi niczym, w których nie mogę się zakochać....?

 

 

... no co...?



(R)
2009-02-27 - 03:05:00
skomentuj (1)




-- Uciekłam. --

Kalejdoskop. Kalejdoskop zdarzeń, postaci, miejsc i wrażeń. Tak ich wiele, że nie sposób wszystkie spisać. Po każdym ważniejszym, nieprzewidzianym czy nagłym skreśliłam parę słów celem wrzucenia ich tutaj, by autobiograficznej tradycji stała się zadość, ale... wszystkie te notki, wszystkie wpisy leżą nadal nieużywane na dnie dysku, gdzieś pomiędzy dawno ściągniętym i zapomnianym filmem a save'em z gry komputerowej. Wszystko zmienia się tak szybko, że każde podsumowanie dezaktualizowało się dni, godziny po spisaniu.

Dziwne. Osobliwe. Dawniej w reakcji na tyle nowości, tyle zmian i zawiłości, obgryzłabym paznokcie, zjadła ręce aż do kości, w autoanalitycznej panice zgubiłabym się doszczętnie. Teraz? Wstaje z łóżka na ostrym dyżurze, wychodzę, jakoś będzie; pakuję walizkę, lecę daleko, wychodzę na lotnisko, jakoś będzie. Przeciwności, które dawniej byłyby jak Grand Canyon teraz są kałużą, przeskakuję kałużę, najwyżej zmoczę buty, jeśli się rozkleją, kupię nowe, jakoś będzie. Nie daję się kałużom. W ucieczce nie przeszkodzą mi rozklejone buty. W ucieczce ku nowości.



(R)
2007-12-21 - 10:35:37
skomentuj (3)




-- Jestem? --

Zmienia się i zamienia. Zamieniłam morską bryzę na halny, mewy na owce, ryby na oscypki. Uciekłam daleko od niechętnie przeze mnie tak nazywanego, acz niestety jedynego "domu". Zamieniłam piwo za 3.50 na drinki za 25, frytki na krewetki, hmmm na śmiech, śmiech na uśmiech. Uśmiech z kolei - na sardoniczny grymas, podczas egzekucji którego podnosi się nieznacznie i drga epileptycznie kącik ust. By kącik ust w miarę dobrym stanie utrzymać zamieniłam Nivea na Vichy, zwiększyłam liczbę inwestowanych w siebie zer, czas spędzany ongiś na czytanie na czas przeznaczony na spanie.
Silne JESTEM kruszy kopie z wielkim MAM. Pojedynek tytanów. Klasyczna, frommowska pierdoła. JESTEM siedzi i podsumowuje ostatnie parę miesięcy, wstukując literę po literze na podrapany ekran laptopa, MAM z kolei ma chętkę odwiedzić allegro.pl i poklikać kup przedmiot, kup przedmiot, kup przedmiot, aż po konsumpcyjną czkawkę. JESTEM skrobie namiętnie w senniku, MAM nudzi się. JESTEM dba o to, by w empikowym koszyczku znalazł się inspirujący mnie do grafomajaków Jerzy Pilch, MAM wybiera twardą oprawę by było tak jakby luksusowo. MAM kupuje aparat fotograficzny, JESTEM bierze go na, jak tu mówią, pole i fotografuje owce. JESTEM chciałoby na spacer, chciałoby poobserwować świat i dojść do kilku wiekopomnych wniosków na jego temat, MAM wtenczas rozgląda się sępim wzrokiem po lśniących samochodach dostrzeganych podczas przechadzek w Nowym Targu, Nowym Sączu, Starym Krakowie, Zakopanym Zakopanem i innych zaskakująco bliskich centrach. MAM chce pojeździć, zmusiło więc JESTEM do prób nauczenia się sztuki jazdy pojazdami silnikowymi. Sztuka ta natomiast niepomiernie trudną się okazała. Konieczną dla kierowców podzielnością uwagi i dostrzeganiem znaków przy jeździe wykazuję się jakoś lepiej przy metafizycznej interpretacji dzieła literackiego czy paranoicznym deszyfrowaniu rzeczywistości. O tak, wtedy znaki są wszędzie, pionowe i poziome, proste i zawiłe, przerażające i miłe. Przerażająca jest również cieżka noga na pedale gazu, kto by się spodziewał... Jednym z warunków przed przystąpieniem na kurs jazdy powinno być zdecydowanie badanie psychologiczne ze szczególnym uwzględnieniem myśli samobójczych. Powinni je robić wszystkim, młodym i starym, mądrym i głupim. Jeśli nie po to by zbadać myśli suicydalnych samą obecność, tak przecież powszechną, to chociaż ich ilość i częstotliwość.
Cóż jeszcze... ach tak! Gdy MAM dławiło się łososiem norweskim, JESTEM nabrało ochoty na emocjonalny rausz, rzuciło się więc w krótki i ulotny failed romance, który zakończył się niespodziewanie śmiercią osoby niepostronnej. Jak to ujał William Blake (czego jego umiłowana żona-analfabetka nawet nie była w stanie odszyfrować, po co komu inteletkualny kontakt z kobietą): Some are born to sweet delight/some are born to endless night. I chuj. Tak po prostu. Chwile zachwytu, drżących ciał, muskająych obietnic, uczuciowego płaskowyżu i... noce płaczu, nisko pod poziomem morza. JESTEM smuciło się, MAM kupiło perfumy i spryskało nimi JESTEM, by je pocieszyć. JESTEM zechciało udać się na nietowarzyski spoczynek, MAM popchało je do klubu na niespodziewane i jakże niemiłe spotkanie z detektywem Rutkowskim. Ale to już zupełnie inna historia.


(R)
2007-08-03 - 18:27:42
skomentuj (5)




-- Podróż. Dwa razy ja. Nastroje dwa. --

Nastrój zły.

I tak sobie stoję w tym oknie, w tym Oslo, w tym czerwonym szlafroku, pieczołowicie

przygotowanym na okazję. Palę. Palę w oknie, pod czułym okiem czujnika dymu. Boso. Z mokrymi włosami. Z katarem.
Dwudziestoletni, kupiony w second-handzie płaszcz, tak bardzo niepasujący, wisi sobie spokojnie na drogim wieszaku, w drogim hotelu, w drogim mieście. Nie przejmuję się.
Dostałam scampi i łososie, taksówki i hotele, uśmiech, pieszczotę i troskę.
I wyjeżdżam.
Z niczym.

Nie chciałbym Cię skrzywdzić, mówi On dialektem, ledwo rozumiem, powtarza.
Nie da się, mówię nie-dialektem, literacko, z kamienną twarzą, odsuwając się lekko, nawet niezauważalnie.
Mam lat 26, nie 17, dodaję. Z westchnieniem. Lekkim. Nawet niezauważalnym.
Ja, mówi On.
Ja, mówię Ja.

Wymiana doświadczeń. Co mnie interesuje gdzie obudziłeś się osiem lat temu. Co mnie interesuje, że takie coś overhodet ikke Ci się nie zdarza. To, co mówisz to - wyjedziesz z niczym. To rozumiem niezależnie od dialektu. To co myślę to - wyjadę z niczym.
Myślę to z westchnieniem. Lekkim. Nawet niezauważalnym.

Ja, mówi On.
Ja, mówię Ja.

Lepiej popracuj, mówię ja.

I tak podchodzę do okna. I palę. Nawet niezauważalnie. Lekka mgiełka na trzecim piętrze hotelu w Oslo.
_________________

Nastrój dobry.

I tak sobie stoję w oknie, w Oslo, w czerwonym szlafroku, ulubionym, wypachnionym, na pewno

przypadł mu do gustu. Najulubieńszy płaszcz na wieszaku, w moim pokoju, moim mieście, wisi sobie spokojnie. Wprawdzie na klapie ujawniła się znienacka wielka plama, lecz nie przeszkodziła ona paniom z restauracji, tak jakby drogiej, tak jakby luksusowej, zwracać się do mnie per madame. Mam gdzieś, że nie mademoiselle.
Nie wydając ani korony pławię się we wszystkim czego mi trzeba, w więcej, niż czego mi trzeba. Może masaż, czemu nie. Może drogie wino, czemu nie. Może parę dni beztroski, emocjonalnego wyłączenia, działania, odmiany, konsumpcji, czemu nie. Może wezmę tę wizytówkę, czemu nie. Ileśtam procent z transakcji. Pomyślimy. Czemu nie.
Może zapalę sobie w oknie. Niezauważalnie. Lekka mgiełka na trzecim piętrze hotelu w Oslo.

Ja, mówi On.
Ja, mówię Ja.

Naprawdę ładny wieczór.

(R)
2007-03-27 - 18:53:33
skomentuj (3)




-- Ostatnie kilka miesięcy. --

Wyrzucona na brzeg morza wódki, minąwszy w przerażeniu kontenery pustych paczek po L&M Light, odkrywam:

- bliskich nieznajomych, dalekich przyjaciół
- tylko pozornie nieprzydatną umiejętność gry w kręgle
- wypis ze szpitala
- kilka nowych linijek w CV
- kalendarz Cosmopolitan na ścianie
- własną niezajętość
- stosy nieobejrzanych filmów, wory niedoczytanych książek
- ramiona tak sztywne, że można o nie rozbić jajko
- wirujący nad głową znak zapytania
- że umiem, że mogę, że potrafię
- że nie umiem, że nie mogę, że nie potrafię
- że to dopiero wtorek
- że już w lutym.

(R)
2007-02-21 - 00:06:07
skomentuj (4)




-- 25 urodziny. --



(R)
2006-10-30 - 21:34:08
skomentuj (5)




-- Bortreist. --

On nie umiera.
On pisze się. Pisze się gdzie indziej.
Pisze się w głowie, na falującej wodzie, na wolnych stronach starych dokumentów, marginesach testów dla kursantów, pisze się i będzie. Jeszcze będzie. Pięknie.

(R)
2006-07-21 - 11:52:14
skomentuj (5)




-- The One-day Butterfly --

I tak sobie stoję, Orsay, Ryłko, H&M, stoję całkiem niemonochromatycznie, w pełnym kolorze, zieleni, brązie, beżu. Stoję sobie całkiem nawet wesoło z biletem lotnicznym w kieszeni, z barwnym makijażem na oczach, z miłym sms’em w komórce.
Stoję sobie i w tej chwili jedynym kłopotem i niedociągnięciem rzeczywistości jest brak wstążeczki do gorsetu, którą nabyć można przecież w pobliskiej pasmanterii.
Nabywam więc wstążeczkę, naprawiam jedyną lukę znanego mi świata. I tym samym, tą właśnie wstążeczką dopełniającą mego błogostanu, przeistaczam się, przemieniam, stawiam w szeregu znienawidzonych, zadowolonych z siebie i swojego małego światka blond dziewczynek obserwowanych przeze mnie w latach wczesnoszkolnych, gdy dla nich byłam tylko czarną plamą pod ścianą, sumą pryszczy, panną melancholią. Nagle czuję, jak ten niemy, czarno-biały Nosferatu staje się udźwiękowionym, siarczyście kolorowym American Pie, z wstążeczką do gorsetu on top, nagle świat harmonizuje się ze mną, ja ze światem, idziemy razem rączka w rączkę, jakie to słodkie, jakie to miłe, jakie to prawidłowe...

I tak sobie stoję, Orsay, Ryłko, H&M, stoję sobie jako ten cymbał brzmiący i coś mi k**** nie gra...

/naskrobane 15.03.2006/

(R)
2006-04-19 - 00:32:35
skomentuj (11)




-- 1.2.1.2 --

Czułość naciera na mnie, prowadzi wojnę zaczepną, dziesiątki małych guerilla na policzkach, włosach i ramionach. Zmasowany atak pocałunków, agresja czułości w sms’ie o 23, natarcie wpatrujących się we mnie oczu. Poddaję się! Obcałowaną dłonią podpisuję kapitulację.
Zmieniam stan skupienia, tymczasowo skupiam się nie na sobie. Znów, pozbywając się uporządkowanego, pojedynczego 1, popadam w dysharmonię 2. Dwa z ciszą niedomówień i krzykiem przemówień, dwa z obecnością gdy jest i obecnością, gdy Go nie ma.
Dwa.
I nie, żadnych połówek tworzących jedno.
Jednością jestem sama w sobie.
Czasem dwa.
Czasem zero.

/naskrobane 26.02.2006/

(R)
2006-04-18 - 23:39:51
skomentuj (1)




-- Mr 13, 2-3 And on the shelves they bled... --

Obok kolekcji płyt leży sypiąca się, cedrowa szyszka. Obok naftowej lampki: lekko już zabrudzone pluszowe serduszko. Gdzieś dalej jakaś książka, obok niej koszyczek muszelek, zakurzone, stare, niepotrzebne, oblepiają ręce ektoplazmą, zagracają przestrzeń życiową, nienawistnie sentymentalne bibeloty.
...Szelest foliowego worka na śmieci...
Won. Twardo i zdecydowanie. Won cedrowa szyszka i poszarzałe, malachitowe słoniki, won i nigdy więcej godzenia się na pierdzenie w łóżku! Won maskotkowe serduszka i sreberkowe kwiatuszki i żadnego jeżdżenia w miejsca zakazane i słuchania „co ty chrzanisz?” po nieprzemyślanym użyciu przez siebie terminu z szeroko pojętej filozofii. Pa wsiech, won! Won pluszowe tygryski z pozytywką w tyłku i żadnych „czemu nic mi nie przyniosłaś”, won zdjęcia, to i tamto, kasuj! i żadnych „myślę, że tu z boku więcej różu”. Won majteczki, won kubeczek i....o.
Nie.
To może niech jeszcze poleży...

/naskrobane na wolnej części kserówki 23.02.2006/

(R)
2006-04-18 - 23:06:46
skomentuj (1)




-- Sennik --

Czarne, równoległe linijki tekstu układające się w symboliczny labirynt. Zapisywane po każdym przebudzeniu, na szybcika w kolejce, na peronowej ławce, w przerwie, przed pracą, po pracy. Zeszycik zapełnia się. Zeszycik zmienia się. Zmieniają się sny, nabierają rumieńców, stroją się w piórka. „Spójrz na mnie, spisz mnie! Spisz zaraz, bo ucieknę!”, szepczą.
Spisuję, popadam w metateksty o wpływie badania na obiekt badania, potem tych spostrzeżeń niepomna, spisuję nadal: sen po śnie, symbol po symbolu. Z czasem uczę się kategoryzować, z łatwością odróżniam echa dnia od głębszej, wewnętrznej semiotyki; echa wydarzeń czy działań od echa przeczuć. Sen o strzyżeniu ścieżki na trawniczku przed willą jest ewidentnym echem golenia intymnego, podczas gdy sprint wzdłuż szyn na peronie i ostateczny na nie upadek jest echem strachu przed ucieczką pociągu: tego, na który mam zdążyć po przylocie.
Spisuję, w miarę obserwacji sny poczynają uderzać przejrzystością. I te płytkie, i te głębokie. Coraz mniej zaskakują, przez większość patrzeć mogę na wskroś, jak przez przezroczystą masę.
Spisuję, zdaję sama sobie raport z tego wszystkiego, co podświadomość przede mną zamyka i spycha na dalszy plan pozornego zapomnienia, a co przecieka do umysłu przez sny. Ja wyławiam to, umieszczam z powrotem na wokandzie, analizuję. Z oneiromułu wyciągam oneiroperełki. Poleruję je. Czy kiedyś nie było prościej? Zerknąć w okno, zapomnieć zaraz po przebudzeniu... I dać uciec, niekiedy całkiem twórczym konstruktom... Nie nie, lepiej łapać je, zanim umkną. Może jeszcze coś mi powiedzą. Może cokolwiek więcej. Choć skrawek sensu. Choć kropla głębii. Psychowiwisekcja. Deabstrakcja. Oneirointrospekcja.

/naskrobane na wolnej części kserówki 16.02.06/

(R)
2006-04-18 - 22:11:09
skomentuj (0)




-- Demiurgia --

Najpierw odkrywam sztuczkę z pilotami do telewizorów. Mogę te nieskomplikowane urządzonka ogrzewać w dłoniach aż wytworzy się amorficzna masa, lepka, plastikowa, biało-szara maź. Mogę, lecz nie muszę, przemawiać do tej masy. Potem formuję z niej nowe piloty z nowymi, fukcyjnymi klawiszami. Przychodzą do mnie bliżej niezidentyfikowani znajomi, bym przerabiała im komórki, piloty do video, klawiaturki... Robię to chętnie.

Lecz nie, skoro już odkryłam moje magiczne dłonie, nie poprzestanę na pilotach. Biorę glinę, plastelinę, cokolwiek miękkiego na podorędziu i formuję małe ludziki. Mogę tchnąć w nie życie, postawić na stole. Zaczynają biegać, chodzić, rozkoszując się nowym życiem. Podskakują radośnie, zerkają za krawędź stołu na coś, co dla nich jest przepaścią. I nie mogę się ich pozbyć. Gniotę je, rozczłonkowuję, lecz pojedyncze kończyny i głowy nadal się ruszają. Cierpią. To nic. Stworzę lepsze ludziki. Ludziki mówiące, z twarzami, będą mieli własne ubranka, własne opinie, może dusze. Miniaturowi towarzysze.

Tworzę ich dwanaście, usadawiam w półokręgu, nawiązuję dyskusję. Lecz nie, to jeszcze nie to, niektóre z nich obrazują starców, małe kobietki i mężczyźni, małe babcie i dziadki z siwymi bokobrodami. Nie chcę, by byli starzy... Nad nieudanymi pochylam się i szepczę do nich.
- Umrzesz jutro... Umrzesz...
Moi miniaturowi rozmówcy boją się, lecz wykonują polecenie. Na ich miejsce przyjdą nowi. Dwanaście, koniecznie dwanaście. Moi czterocentymentrowi apostołowie.

Są już idealni, lecz nie, to jeszcze nie to. Magicznymi dłońmi dokonać mogę więcej. Zostawiam ludziki samym sobie, do domu znosić zaczynam masę gliny, piasku, fotografie mężczyzn. Dobieram twarze, włosy i budowę ciała. Stworzę mężczyznę idealnego, młodego boga, harmonię ciała i ducha. Perfekcja w każdym calu. Wymagające dzieło. Delikatnie, najdelikatniej opuszkami palców formować zaczynam stopy... Drżę z podniecenia lecz...już szósta. Otwierane powoli oczy, w centrum widzianego obrazu znów ta cholerna dracena, za oknem poranne światła niedobudzonych jeszcze samochodów.
Nagle, niechętnie - jawa...

I tak, choć życie to godziny w publicznym transporcie, klik wygrałeś aukcję, pierwszy krem przeciwzmarszczkowy i przyjmowany machinalnie posiłek, ja prowadzę dziennik snów.


(R)
2006-01-31 - 13:26:54
skomentuj (8)





art by me, design by me,other designs at Layout4u

    ||     Katalog WWW