elementy-rzeczywistosci blog

    Elementy rzeczywistości

    - Widzę, że jesteś
    ambiwalentna. Dlatego zastosujemy paragraf o przymusowej obserwacji.
    - powiedziała jasnowłosa pani psycholog, powiedziała
    kategorycznie, zdecydowanie. Jakby mówiła „Idziemy do kina”.

    Zamilkłam. Wycofałam się
    nieufna, zrezygnowana. Spuściłam głowę.

    - Mogę poradzić sobie
    z tym sama – odrzekłam po przepełnionej cichym napięciem
    chwili.

    - Z czym? – zaznaczyła
    swoją obecność szczupła jak patyk lekarka.
    - Z tym stanem! -
    wykrzyczałam niemal.

    Wbiły we mnie wzrok
    przecząco, milcząc.

    - Przygotujemy papiery.
    Poczekasz na korytarzu. Tylko nie idź nigdzie. Zostaw torbę z
    paszportem i portfelem w tym pokoju. Zrobię Ci kawę. – usłyszałam.

    Minuty ciągnęły się
    jak spaghetti, w ręku stygła kawa. W końcu wyszły dzierżąc
    tajemnicze dokumenty. Zaprowadziły mnie do kolejnego pokoju, już
    bez wygodnej sofy. Po lewej wypełnione sprzętem medycznym półki,
    po prawej nosze.

    Sprawdzono mnie
    wykrywaczem metalu, odebrano tabletki, jedyną nadzieję na sen. Dano
    mydło, grzebień i za duże, szpitalne majtki. Zadawano pytania.
    „Czy widzi pani rzeczy, których nie widzą inni?”, „Czy słyszy
    pani głosy?”, „Czy czyta pani myśli innych?”, „Czy inni
    czytają pani myśli?”.

    - Nie! – odpowiadam
    gniewnie, niepsychotycznie, nieschizoidalnie, bez cienia zaburzeń
    afektywnych.

    Pokazano mi pokój.

    I byłam w nim do dziś.

    Góra.
    Jestem jasnym, rozedrganym płomieniem, harmonijnym pięknem w płaszczyku 3/4. Przemykam lekko pozostawiając trwały, niezapomniany ślad w przygodnie bądź nie poznanych ludziach. Umysłem ogarniam różne aspekty rzeczywistości, rezonuję, peroruję. Pójdę to tu, to tam, dotknę bądź nie istoty wszechrzeczy, wzbogacę się przeżywając niejedno. Jestem.
    Dół.
    Jestem wypalonym knotem, pryszczem na podbródku i obgryzionym do mięsa paznokciem. Cieniem w papierosowym dymie. Wędruję od ściany do ściany, od progu do okna, od okna znów do ściany, wędruję bezczynnie, wciąż w kółko, w więzieniu własnego ja. Neurony wiszą niepotrzebne, obijając się o nadwerężony od stresu hipokamp. Wezmę 114 pozostałych mi tabletek Rivotril 0,5 mg i zasnę. Nie ma mnie i być nie powinno. I nie będzie?

    Urodziło się Dziecko.
    Wykluło się z łona wyczekującej matki, zaniesiono Je do pustej kołyski, gdzie leżało, nieraz kwiląc, nieraz obserwując przesuwającą się nad horyzontem matkę, pojawiające się i znikające twarze podziwijących nowego człowieczka sąsiadów, ciocie, wujków, ojca.
    Bardzo szybko zaczęło mówić, od razu pełnymi zdaniami i choć niekiedy brakowało mu słów by zdania owe wypełnić treścią, komunikowało swoje potrzeby czysto gramatycznie. Najczęściej jednak, milczało. I rosło. Jadło. Piło. Obserwowało.
    W przedszkolu nie rozmawiało zbyt wiele z innymi dziećmi ponieważ Dziecku inne dzieci nie miały nic do powiedzenia. Bablały niezrozumiale, chciały biegać na około i bić się plastikowymi mieczami, Dziecko nie rozumiało dlaczego.
    Wolało myśleć o kosmosie.
    O brudzie pod paznokciem galaktycznego olbrzyma, gdzie znajduje się Ziemia.
    O zderzających się ze sobą bańkach mydlanych, gdy każda z nich to osobny wrzechświat.
    O tym, jak z jednej bakterii, z małego, jednojądrowego pisklęcia ewulucji, po miliardach lat powstał człowiek, będący trylionem bakterii, połączonych ze sobą komórek.
    Lubiło swoje myśli. Wielkie myśli, myśli o wielkości. Było mu z tym dobrze, choć innym trudno było stałe i nieprzerwane myślenie dziecka pojąć.
    Zmartwione ciocie i zmartwieni wujkowie przynosili dziecku zupełnie niepotrzebne mu zabawki, niepotrzebne, bo co miałoby robić z drewnianymi konikami, plastikowymi, iniaturowymi ludźmi które nazywali lalkami czy okrągłymi przedmiotami z gumy? Przemieszczać je? Rzucać? Udawać, że mówią? Bez sensu.
    Mózg był wystarczającą zabawką.

    Mijały lata.
    Dziecko myślało.
    Przemyśliwało szkołę, przemyśliwało swój przyszły ewolucyjny wkład w historię ludzkości, przemyśliwało to, co robiły inne dzieci, a były to rzeczy nader zaskakujące. Wkładały sobie papierki w uszy, groszki w nos, ciągneły za włosy, a Dziecko nie rozumiało celu tych ewidentnie daremnych prób uszkodzenia siebie lub innych. Były dla Dziecka zagadką nie do ogarnięcia, pytało „Dlaczego”, och, jak Ono pytało, i w tych rzadkich chwilach, gdy postanawiało komunikować się ze światem zewnętrznym, pytało nawet nie tylko siebie, ale nie uzyskiwało satysfakcjonujących odpowiedzi. Odpowiedzi od innych jednostek były mało inspirujące – krótkie, bezsensowne odpowiedzi dzieci bądź dorosłych, które zderzyły się z Dzieckiem w tych krótkich chwilach jego pełnego doniosłych pytań, krótkiego życia.
    - Dlaczego oni tam idą ? – spytało obserwując idących do komunii w kościele.
    - Idą po chlebek od Boga.
    Nie można zjeść chleba w domu? – myślało -  Mógłby być z dżemem, lub przynajmniej masłem, jedząc w domu nie trzeba wykonywać tych bezcelowych czynności, nie trzeba być na kolanach, na pewno jest wygodniej, więc po co oni tam idą. Boga natomiast nigdy nie widziało, na pewno nie był On galaktycznym olbrzymem, gdyż olbrzym nie może nam dać chleba, bo jak, jest za duży, może Bóg to piekarz, nie nie, piekarz to Pan Kaziu, ten wiecznie pijany Pan co stoi pod blokiem.
    Bez sensu.
    Myślało jednak dalej.
    Obserwowało.
    Szukało odpowiedzi gdzie tylko mogło, znalazło między innymi książkę o zwierzętach. Postkomunistytczne tomisko z brudnego, pożółkłego papieru traktujące o zachowaniach stadnych. Leżała na półce pokryta metaforyczną patyną czasu, którą Dziecko ztarło jednym ruchem swojej dziecinnej, nadal troszkę pucuławatą od niemowlęctwa dłoni. Przeczytało w książce, że zwierzęta stadne, za które uważało swoich szkolnych współuczniów, podejmują często czynności mające na celu przyciągnięcie uwagi innych zwierząt stadnych i innego celu nie mające. Doznając klasycznego uczucia typu „Eureka” postanowiło myśl swoją przekazać innemu Dziecku
    - Ja wiem, co ty zrobiłaś! – zaczęło, po czym kontynuowało swój potencjalnie obraźliwy, bowiem porównujący do zwierzęcia wywód, swojej potencjalnej dobrej koleżance, którą zresztą nieuchronnie straciło.
    Nie rozumiało dlaczego.
    Chciało tylko podzielić się swoim trafnym, jak myślało, spostrzeżeniem.
    Dziwne. Bez sensu.
    Myślało więc dalej.
    I powolutku, tup tup, małymi kroczkami, stało się bardzo zagubionym Dorosłym.

    Współtowarzysz mojej psychotycznej podróży przekazał mi właśnie, że uprzykrzający nam dzień uparty i bezlitosny deszcz jest… mokry. Przytaknęłam bez cienia zdziwienia, dziękując za przekazaną mi, wzbogacającą moją wiedzę o naturze wszechrzeczy, informację i spokojnie, najspokojniej zapaliłam kolejnego papierosa. 

    A jednak nie. A jednak nie uzdrowi(ą/ły) mnie syczące wręcz od antyoksydantów jagody czy czarne pożeczki, nie uzdrowi inspirująca mózg do intelektualnych wycieczek ciemna czekolada, nie zrobi tego przepełnione po brzegi rezweratrolem czerwone wino (będziemy pili aż do dnia). Nie pomoże jakże sprytny selektywny inhibitor wychwytu zwrotnego serotoniny o przaśnej nazwie escilaprotam skoro to nie wychwyt zwrotny serotoniny stanowi problem główny i wyjściowy. Jednak nie uwolni Oxazepam. Nie odciąży YSL, CC, Gucci czy Dior, nie da nic udawanie nie uczące mnie niczego. Wszystko inne rozcieszy rozbawi. Tylko.
    A jednak nie.
    Jestem na nie.
    Pomoże, uzdrowi, wyzwoli i odciąży tymczasowe zablokowanie receptorów dopaminy i serotoniny, zabawny ergoterapeuta szorujący mi okno, jogging, deviantart.com, Ikea, woda mineralna w ilościach przemysłowych, inni i przemiły personel już nie na OZ, lecz na OP, który tak nieopatrznie nieudacznie pozwolił mi przenocować w domu. Tak właśnie. I choć z nutką ironii wstukuję to wszystko, jestem na tak. Zdecydowałam, że pomoże. Bo mimo wszystko, rokuję. Nie zejdę. Rokuję.
    Jestem na tak. I chuj.
    Inne treści wkrótce.

    - Chciałabym Ci coś powiedzieć – mówię ja, cicho, piskliwie, boleśnie. Mówię to krzyżując się wewnątrz, kuląc się ze strachu.
    - Hm? – pyta on, skrywając lęk przed odrzuceniem za powierzchnią jasnych, nordyckich tęczówek.
    - Mam wewnątrz takie napięcie… Czasem nie mogę uspokoić myśli… Muszę to komuś powiedzieć… – rozpoczynam, rozedrganymi w powietrzu dłońmi gładząc upstrzone kroplami potu czoło. Spokojnie, najspokojniej wylewam z siebie starannie przemyślany potok słów. Przemyślany, by nie skrzywdzić („nie myśl, że Cię nie kocham”), przemyślany by nie powiedzieć za dużo („to nic takiego, kochanie”), przemyślany, by pocieszyć („to przechodzi z czasem, kochanie”), przemyślany, by nie pomyślał wszystkiego tego, co pomyślałabym ja.

    Niepokojące, myślę, niepokojące to, co mam do powiedzenia. Niepokojące, upokarzające, wysoce nieregularne. Boję się, boję, boję. Po co mu to mówię, myślę. Po co zdejmuję gnijący balsam z zainfekowanej rany, myślę. Myślę / krzyczę.
    Zapewne niepokoi go to, co mówię. Dlaczego chciałby zostać tu z kimś, kto zamknięty w swojej autystycznie hermetycznej krypcie lęku, paranoi i żałoby po chwilowo zatraconej logice myślenia jest w stanie mówić tylko po 2 miesiącach refleksyjnej ciszy…
    Drgam.
    Płaczę.
    Przepraszam.
    I znowu drgam.
    I głaszczę.

    Zawiesza się, patrzy niepewnie w ubrudzoną nikotynowym dymem ścianę. Ja – czekam. On – po kilku trwających wieczność sekundach mruga magicznie, piszczy miłośnie, podnosi wzrok. Podnosi wzrok jak pogłaskany szczeniak, pogłaskany tak neurotycznie perfekcyjnie wymuskanym wyjaśnieniem tego, co w napięciu działo się od miesiąca lutego. Czekam niecierpliwie na choć jedno słowo. Nagle…

    - Głaszcz mnie o tak – mówi on.

    Zwija ubrudzoną chipsami dłoń w pięść, gładząc czystą powierzchnią palców i paznokci mój sfrustrowany, unoszący się i opadający w rytm spazmów dekolt. Prezentując swoją poradę o głaszczeniu patrzy na mnie, patrzy jak Smeagol na panicza Frodo, Smeagol, nie Golllum, nie nie. Słucham w napięciu, obserwuję.

    - Głaszcz mnie o tak, głaszcz mnie czule. By nie zabrudzić. Proszę.
    Gładzi nieubrudzoną dłonią, muska nosem, nadal czekam.
    - I przetrawię to, co mówisz – dodaje.

    Spuszczam wzrok, wycieram zabrudzone makijażem łzy. Zaciskam dłoń i…. głaszczę niezabrudzoną chipsami częścią dłoni. Głaszczę ramię, głaszczę unoszącą się i opadającą, logiczną i spokojną męską pierś, głaszczę głaszczącą mnie dłoń.

    - Czas spać, kochanie. – mówi on. Przytakuję.
    - I nie zapomnij wziąć swoich tabletek.

    …a co jeśli nie zdołałam wsiąść
    w ten samolot, tak oto, zabierając z domu łyżkę, nożyk, widelec i łyżeczkę do
    herbaty, dorzucając do tego może troszkę ubrań, może płyt wyruszyłam w
    heroiczną podróż koleją do Warszawy wschodniej zamiast planowanej centralnej,
    naraziłam się na opóźnienie na samolot, po bohaterskim biegu do taxi,
    dopłaconej jej stówie by PĘDZILA nie jechała dobiegłam do odprawy, po fuknięciu
    obsługi wpuszczona zostałam na security check i już cieszyłam się w nowej wizji
    szczęścia a tu nagle….BUM! Na mnie pięć hiperczułych psów i siedmiu
    antyterrorystów. A dlaczego? Po pies wykrył, ze mam marihuanę umieszczoną w
    ciele per rektum, dziesięcioma gramami ziołowej zieleni, implikujące koniec
    mojego dotychczasowego życia jako wolny obywatel…?

     

     

    ….a co jeśli nie wsiadłam w ten
    samolot? W ogóle? Zmieniłam zdanie? W efekcie skończyłam studia, siedziałam w niedotkniętej
    kryzysem Polsce z mgr przed nazwiskiem i absolutnym brakiem wizji tego, co
    dalej, w dodatku nazwisko owo raczej bez perspektyw stania się innym przez następne
    kilka lat życia; u rodziców, nagle chorych, siedziałam do teraz, a może i
    dłużej, do ich śmierci, pielęgnując oszczędności i swą poszarzałą twarz
    maseczkami, mająca niezłe ubrania i nawet dość atrakcyjna choć czująca się
    staro, zgorzkniała, spotykająca się z mężczyznami nieimponującymi mi niczym, w
    których nie mogę się zakochać….?

     

     

    …..a co jeśli wsiadłam w ten
    samolot, przyjęłam propozycję nowej pracy, życia, kraju, wizji szczęścia,
    przyjęłam do wiadomości opcję skończenia studiów w późniejszym terminie; pomieszkałam
    parę miesięcy na sofie u kogokolwiek, potem znalazłabym mój własny kąt i kupiła
    meble i Ikei, mimo przeciwności losu i wiatru ze żwirem w oczy kontynuowałam
    nową wizję szczęścia dostosowując się, robiąc to co one, mówiąc, tak jak one,
    uśmiechając się sztucznie w nowym, korporacyjnym środowisku pomimo galopującej
    w mę stronę neurastenii i depresji kontynuowałam swe zawodowe wysiłki tracąc
    integralność osobowości i poczucie własnej wartości w natężeniu świadomości; gnijąc
    intelektualnie uczyłam prawd o ludziach, sobie, świecie, odpowiedzialności, rodzajach  egzystencjalnego gówna; nagle po pół roku w
    mieście dawniej zwanym Christianią, w klubie, w którym zaraz mieli zapalić
    światła i ogłosić żałobnie koniec imprezy, spotkałam nagle miłość mojego życia,
    po paru najpiękniejszych dnia  zostaliśmy
    parą, planujemy razem, dzieci, kotka, dom, razem zawsze, zawsze z tą samą
    radością i ekstazą poznajemy jeszcze nowszą wizję szczęścia; lecz oto i kryzys,
    który zeżarł połowę wszystkiego, co kiedykolwiek zarobiłam i zagroził memu
    poczuciu bezpieczeństwa w postaci zwolnienia i niemożliwości znalezienia innej
    pracy, oto nagle nachalna wizja śmierci w rodzinie i mego dożywotniego
    uwiązania do chorej matki, oto wizja długów do spłacenia i… BUM! Dwa miesiące
    zwolnienia lekarskiego, groźba najgorszego w historii ataku epilepsji i wizja
    szpitala, dziwne badania, dziwne tabletki, niepewność, strach; oto nagle z tego
    wszystkiego robię najgorszy w historii emigracji obiad na globie, na co On mówi
    „nie martw się, kochanie, gdyż już weźmiemy ślub to ja będę robił
    jedzenie, a Ty będziesz prać moją kucharską czapkę”…?

     

     

    …a co jeśli wsiadłam w ten
    samolot, lecz rozbiłby się po przeleceniu nad błękitem Bałtyku, zginęłabym na
    miejscu i …czerń. Pustka. I  nigdy już
    niczego więcej…?

     

    …a co jeśli wsiadłam w ten
    samolot, przyjęłam propozycję nowej pracy, życia, kraju, wizji szczęścia,
    przyjęłam do wiadomości opcję skończenia studiów w późniejszym terminie;
    pomieszkałam półtora miesiąca na sofie u kogokolwiek, po czym stwierdziłam, że
    absolutnie tu nie pasuję, to nie moje życie, przepraszam szefie, wypowiadam
    stanowisko z zachowaniem okresu wypowiedzenia i wracam do matczyzny; skończyłam
    studia, siedziałam w niedotkniętej kryzysem Polsce z mgr przed Nazwiskiem i
    absolutnym brakiem wizji tego, co dalej, w dodatku nazwisko owo raczej bez
    perspektyw stania się innym przez następne kilka lat życia; u rodziców, nagle
    chorych, siedziałam do teraz, a może i dłużej, do ich śmierci, pielęgnując
    oszczędności i swą poszarzałą twarz maseczkami, mająca niezłe ubrania i nawet
    dość atrakcyjna choć czująca się staro, zgorzkniała, spotykająca się z
    mężczyznami nieimponującymi mi niczym, w których nie mogę się zakochać….?

     

     

    … no co…?

    Kalejdoskop. Kalejdoskop zdarzeń, postaci, miejsc i wrażeń. Tak ich wiele, że nie sposób wszystkie spisać. Po każdym ważniejszym, nieprzewidzianym czy nagłym skreśliłam parę słów celem wrzucenia ich tutaj, by autobiograficznej tradycji stała się zadość, ale… wszystkie te notki, wszystkie wpisy leżą nadal nieużywane na dnie dysku, gdzieś pomiędzy dawno ściągniętym i zapomnianym filmem a save’em z gry komputerowej. Wszystko zmienia się tak szybko, że każde podsumowanie dezaktualizowało się dni, godziny po spisaniu.

    Dziwne. Osobliwe. Dawniej w reakcji na tyle nowości, tyle zmian i zawiłości, obgryzłabym paznokcie, zjadła ręce aż do kości, w autoanalitycznej panice zgubiłabym się doszczętnie. Teraz? Wstaje z łóżka na ostrym dyżurze, wychodzę, jakoś będzie; pakuję walizkę, lecę daleko, wychodzę na lotnisko, jakoś będzie. Przeciwności, które dawniej byłyby jak Grand Canyon teraz są kałużą, przeskakuję kałużę, najwyżej zmoczę buty, jeśli się rozkleją, kupię nowe, jakoś będzie. Nie daję się kałużom. W ucieczce nie przeszkodzą mi rozklejone buty. W ucieczce ku nowości.

    Zmienia się i zamienia. Zamieniłam morską bryzę na halny, mewy na owce, ryby na oscypki. Uciekłam daleko od niechętnie przeze mnie tak nazywanego, acz niestety jedynego „domu”. Zamieniłam piwo za 3.50 na drinki za 25, frytki na krewetki, hmmm na śmiech, śmiech na uśmiech. Uśmiech z kolei – na sardoniczny grymas, podczas egzekucji którego podnosi się nieznacznie i drga epileptycznie kącik ust. By kącik ust w miarę dobrym stanie utrzymać zamieniłam Nivea na Vichy, zwiększyłam liczbę inwestowanych w siebie zer, czas spędzany ongiś na czytanie na czas przeznaczony na spanie.
    Silne JESTEM kruszy kopie z wielkim MAM. Pojedynek tytanów. Klasyczna, frommowska pierdoła. JESTEM siedzi i podsumowuje ostatnie parę miesięcy, wstukując literę po literze na podrapany ekran laptopa, MAM z kolei ma chętkę odwiedzić allegro.pl i poklikać kup przedmiot, kup przedmiot, kup przedmiot, aż po konsumpcyjną czkawkę. JESTEM skrobie namiętnie w senniku, MAM nudzi się. JESTEM dba o to, by w empikowym koszyczku znalazł się inspirujący mnie do grafomajaków Jerzy Pilch, MAM wybiera twardą oprawę by było tak jakby luksusowo. MAM kupuje aparat fotograficzny, JESTEM bierze go na, jak tu mówią, pole i fotografuje owce. JESTEM chciałoby na spacer, chciałoby poobserwować świat i dojść do kilku wiekopomnych wniosków na jego temat, MAM wtenczas rozgląda się sępim wzrokiem po lśniących samochodach dostrzeganych podczas przechadzek w Nowym Targu, Nowym Sączu, Starym Krakowie, Zakopanym Zakopanem i innych zaskakująco bliskich centrach. MAM chce pojeździć, zmusiło więc JESTEM do prób nauczenia się sztuki jazdy pojazdami silnikowymi. Sztuka ta natomiast niepomiernie trudną się okazała. Konieczną dla kierowców podzielnością uwagi i dostrzeganiem znaków przy jeździe wykazuję się jakoś lepiej przy metafizycznej interpretacji dzieła literackiego czy paranoicznym deszyfrowaniu rzeczywistości. O tak, wtedy znaki są wszędzie, pionowe i poziome, proste i zawiłe, przerażające i miłe. Przerażająca jest również cieżka noga na pedale gazu, kto by się spodziewał… Jednym z warunków przed przystąpieniem na kurs jazdy powinno być zdecydowanie badanie psychologiczne ze szczególnym uwzględnieniem myśli samobójczych. Powinni je robić wszystkim, młodym i starym, mądrym i głupim. Jeśli nie po to by zbadać myśli suicydalnych samą obecność, tak przecież powszechną, to chociaż ich ilość i częstotliwość.
    Cóż jeszcze… ach tak! Gdy MAM dławiło się łososiem norweskim, JESTEM nabrało ochoty na emocjonalny rausz, rzuciło się więc w krótki i ulotny failed romance, który zakończył się niespodziewanie wraz ze śmiercią osoby niepostronnej. Jak to ujał William Blake (czego jego umiłowana żona-analfabetka nawet nie była w stanie odszyfrować, po co komu inteletkualny kontakt z kobietą): Some are born to sweet delight/some are born to endless night. I chuj. Tak po prostu. Chwile zachwytu, drżących ciał, muskająych obietnic, uczuciowego płaskowyżu i… noce płaczu, nisko pod poziomem morza. JESTEM smuciło się, MAM kupiło perfumy i spryskało nimi JESTEM, by je pocieszyć. JESTEM zechciało udać się na nietowarzyski spoczynek, MAM popchało je do klubu na niespodziewane i jakże niemiłe spotkanie z detektywem Rutkowskim. Ale to już zupełnie inna historia.

    Nastrój zły.

    I tak sobie stoję w tym oknie, w tym Oslo, w tym czerwonym szlafroku, pieczołowicie

    przygotowanym na okazję. Palę. Palę w oknie, pod czułym okiem czujnika dymu. Boso. Z mokrymi włosami. Z katarem.
    Dwudziestoletni, kupiony w second-handzie płaszcz, tak bardzo niepasujący, wisi sobie spokojnie na drogim wieszaku, w drogim hotelu, w drogim mieście. Nie przejmuję się.
    Dostałam scampi i łososie, taksówki i hotele, uśmiech, pieszczotę i troskę.
    I wyjeżdżam.
    Z niczym.

    Nie chciałbym Cię skrzywdzić, mówi On dialektem, ledwo rozumiem, powtarza.
    Nie da się, mówię nie-dialektem, literacko, z kamienną twarzą, odsuwając się lekko, nawet niezauważalnie.
    Mam lat 26, nie 17, dodaję. Z westchnieniem. Lekkim. Nawet niezauważalnym.
    Ja, mówi On.
    Ja, mówię Ja.

    Wymiana doświadczeń. Co mnie interesuje gdzie obudziłeś się osiem lat temu. Co mnie interesuje, że takie coś overhodet ikke Ci się nie zdarza. To, co mówisz to – wyjedziesz z niczym. To rozumiem niezależnie od dialektu. To co myślę to – wyjadę z niczym.
    Myślę to z westchnieniem. Lekkim. Nawet niezauważalnym.

    Ja, mówi On.
    Ja, mówię Ja.

    Lepiej popracuj, mówię ja.

    I tak podchodzę do okna. I palę. Nawet niezauważalnie. Lekka mgiełka na trzecim piętrze hotelu w Oslo.
    _________________

    Nastrój dobry.

    I tak sobie stoję w oknie, w Oslo, w czerwonym szlafroku, ulubionym, wypachnionym, na pewno

    przypadł mu do gustu. Najulubieńszy płaszcz na wieszaku, w moim pokoju, moim mieście, wisi sobie spokojnie. Wprawdzie na klapie ujawniła się znienacka wielka plama, lecz nie przeszkodziła ona paniom z restauracji, tak jakby drogiej, tak jakby luksusowej, zwracać się do mnie per madame. Mam gdzieś, że nie mademoiselle.
    Nie wydając ani korony pławię się we wszystkim czego mi trzeba, w więcej, niż czego mi trzeba. Może masaż, czemu nie. Może drogie wino, czemu nie. Może parę dni beztroski, emocjonalnego wyłączenia, działania, odmiany, konsumpcji, czemu nie. Może wezmę tę wizytówkę, czemu nie. Ileśtam procent z transakcji. Pomyślimy. Czemu nie.
    Może zapalę sobie w oknie. Niezauważalnie. Lekka mgiełka na trzecim piętrze hotelu w Oslo.

    Ja, mówi On.
    Ja, mówię Ja.

    Naprawdę ładny wieczór.


    • RSS